PrzygodaZycia.pl
Login:
Hasło:
pamiętaj mnie
Nie masz konta? Zarejestruj się!
Przypomnienie hasła »

W powietrzu:
Był sobie spadochron

Pierwsza reakcja na prezent w postaci vouchera na skok ze spadochronem była nie do zacytowania;). Druga to o ja pier..... Później było już ok. Umówiłem się na skok, część moich dobrodziei, którzy mnie w to wpakowali też przyjechała na lotnisko w Bednarach (aff.com.pl). W umówionym terminie nie udało mi skoczyć. Zepsuła się pogoda, trochę pogrzmiało i już nie było odważnych do wzniesienia się w powietrze;). W każdym razie, kolejnego dnia już nie było niedomówień:

- "Dobra Tomek, wiesz co i jak?"

-"No w sumie wczoraj słuchałem jak ktoś tam kogoś instruował..."

-"Dobra to słuchaj ubierasz, się, zasada "podwójnego banana" i w górę"

na co ja:

-"yyyy, no dobra, yyyyy"

Co było po tej zaawansowanej, instruktażowej dyskusji, zobaczycie już na fotkach.

Na wodzie:
Spływ kajakowy

Wszyscy słyszeliśmy o spływach na rzece Krutynii, a ja chcę wam opowiedzieć o mało znanej trasie na rzece Omulew. Spływ kajakowy rozpoczęliśmy od przyjazdu do Brodowych Łąk, gdzie następnie zostawiliśmy autka i wpakowaliśmy się do busa, który zawozi nas razem z kajakami do Krukowa. Pierwsze chwilę spędzamy wraz z koleżanką na opanowaniu techniki wiosłowania. Niestety nie jestem zbyt dobra kajakarka, więc co chwila lądujemy w trzcinach. Rzeka jest wąska, czasami widać też widac dno. Nie ma tez dużego prądu, za to rzeka jest bardzo kręta, więc trzeba się nawioslowac na tych zakrętach. Po ok 2 godzinach podziwiania pięknych widoków zatrzymujemy się przy moście na małe co nieco:). Poziom wody jest niski ,więc pojawiła się maleńka plaza. Wdrapujemy się na gorę i na moście jemy nasz obiadek. Po posiłku i obowiązkowej sesji zdjęciowej ruszamy dalej. Pogoda jest piękna, a my żałujemy z koleżanka, ze nie mamy silnego męskiego ramienia, co by za nas wiosłowało, a my byśmy się opalały w tym czasie. Dopływamy do ostatniego mostu, za którym znajduje się przystan i tu konczymy naszą przygodę.

Pod wodą:
Wyjazd nurkowy Dahab 2009

Tak jak obiecałam piszę relację z Naszej przygody nurkowej w Dahabie2009.

Dzień środowy zaczęliśmy o godzinie 6:00.Na lotnisku trzeba było być dwie godziny przed odlotem samolotu,czyli o godzinie 7:00.Lot mieliśmy mieć o godzinie 9-tej z groszem.Lotnisko wypchnęło Nas wcześniej bo wiedzieli na co się zanosi. W Poznaniu były straszne wichury i zamknęli lotnisko,a w Warszawie śnieżyca.Mieliśmy po prostu totalnego fuksa :)Do Dahabu lecieliśmy około czterech godzin,mieliśmy wesoło,bo lecieliśmy z ludźmi z Naszego klubu NAUTICA.Wylądowaliśmy na miejscu w Sharm er sheik o godzinie 13-tej z minutami.Trzeba było wykupić wizę egipską za 15$ i udać się do busów z Naszymi bagażami.Jechaliśmy 100km do Dahabu w 14 osób w dwa samochody około 1h,bo kierowcy się ścigali :)Po dotarciu na miejsce do Naszego hotelu o nazwie YASMINA*** rozpakowaliśmy się i przygotowaliśmy się na wieczór na jedzenie czyli obiado-kolację.Po całym męczącym dniu udaliśmy sie spać.

Na drugi dzień śniadanko i czas udać się do Naszej bazy nurkowej "PLANET DIVERS",gdzie musieli Nas przetestować i podzielić na grupy czyli bardziej zaawansowaną i mniej zaawansowaną.Po pierwszym nurku grupa mniej zaawansowana została w bazie,a bardziej zaawansowani pojechali w bardzo ciekawe miejsce o nazwie "ISLANDS"(WYSPY),gdzie spotkaliśmy pełno kolorowych rybek,2 ogończe (czyli małe płaszczki) i piękną dużą płaszczkę o nazwie "ORLEŃ" płynącą majestatycznie w toni oraz stado małych barrakud.Po powrocie do hotelu wypłukać sprzęt nurkowy od soli i czas przygotować się na obiado-kolację,na którą udaliśmy się do restauracji "ALIBABA".Po wszystkim mała impreza i czas spać po dniu pełnym wrażeń.

Dzień trzeci zaczął się jak zwykle bardzo słonecznie,rozpoczęty śniadaniem kontynentalnym i oczekiwaniem na przybycie Naszych samochodów,które dostarczą Nas na miejsca nurkowe o nazwie "CAVES"(GROTY),gdzie spotkaliśmy mnóstwo kolorowych rybek,ślimaków i muren.Po pierwszym nurkowaniu odpoczynek przed następnym zejściem pod wodę.Na następne miejsce zawieźli Nas na "MURENA GARDEN" czyli "OGRÓD MUREN",spotkaliśmy tam parę białych muren i ślimaków.Nasz wspaniały kolega Michał wykonał nurkowanie głębokie na 111m.Po nurkowaniu Nasze szybkie jeepy odstawiły Nas do hotelu,znowu płukanie sprzętu i przygotowanie się do posiłku,a zjedliśmy go w restauracji o nazwie "CHILL OUT",potem jak zwykle powrót do hotelu i udanie się na zasłużony odpoczynek.

Dzień czwarty jak zwykle gorący i słoneczny 35 stopni Celsjusza,śniadanko i znowu oczekiwanie na Nasze samochody,gdzie udaliśmy się w ciekawe miejsce o nazwie "GRAND CANION"czyli "WIELKI KANION" zrobiliśmy tam 30 m głębokości,Nasi koledzy robili ciekawe ćwiczenia na 30m zdejmowali płetwy i skakali jak na trampolinie i robili ćwiczenia,na działanie "Narkozy Azotowej" na ich organizm,zwiedzaliśmy ciekawą grotę.Po wyjściu z wody czas na odpoczynek przed następnym nurkiem i coś przekąsić.Na następne nurkowanie podwieźli Nas kawałek dalej,ale zrobili tak,że jak zanurkowaliśmy to zakończyliśmy nurkowanie,tam gdzie zaczynaliśmy pierwsze.:)Po nurku do jeepów i do hotelu wypłukać sprzęt i przygotować się do obiado-kolacji.Na wieczorny posiłek jedliśmy jak zwykle owoce morza,bo to jest najzdrowsze jedzenie i nie szkodzi czyli grillowane kalmary,ośmiornice,krewetki i ryby świeże itd.Wieczorkiem udaliśmy się na sziszę i po wszystkim jakaś mała imprezka w hotelu i obserwacja gwiazd i spać.

Dzień piąty dla niektórych zaczął się fatalnie :)bo zaatakowała "Zemsta F..." i nie ruszali się z hotelu.Większość udała się w bardzo fajne miejsce na "BLUE HOLE" jest tam tzw.mekka nurków,większość nurków głębokich traci tam swoje życie i na ich cześć wieszają tabliczki na skale z ich nazwiskami.Można w tym miejscu wykonać bardzo ciekawe nurkowania,oczywiście przestrzegając swoich uprawnień. Bo większość ludzi nie przestrzega i straciła w tym miejscu swoje drogocenne życie.W tym miejscu Nasz kolega Michał wykonał nurkowanie do 150 m głębokości.Po powrocie do hotelu to co zwykle codzienny rytuał :) i do restauracji na jedzonko.Małe dziewczynki za 5$ sprzedawały różne świecidełka,są strasznie cwane :)Wiedzą jak podejść człowieka.

Dzień szósty jak zwykle wspaniale się zaczął,mieliśmy wspaniałego kierowcę "AFIFI-AFIFI",był szybki jak wiatr :)zawiózł Nas w bardzo ciekawe miejsce o nazwie "GOLDEN BLOCKS" gdzie jak zwykle były kolorowe rybki i mureny oraz bardzo ciekawe ściany.Po wyjściu z wody znowu odpoczynek i oczekiwanie na następne nurkowania.Następne i ostatnie nurkowanie wykonaliśmy w fajnym miejscu o nazwie "UM EL SID".Widzieliśmy mnóstwo małych rybek,małą skrzydlicę i małego Nemo.Po wyjściu udaliśmy się do hotelu przygotować do kolacji.Nasi znajomi mieli ostatnie nurkowanie nocne w bazie "PLANET DIVERS" i oczekiwaliśmy na ich powrót.Potem razem udaliśmy się na posiłek.I tak zakończył się cały dzień nurkowy.

Wtorek dzień ostatni,odpoczynek cały dzień od nurkowań i wysycenie się z całego azotu.Baraszkowanie w hotelowym basenie i zabawy z piłką w wodzie.Cały dzień oczekiwaliśmy na czas kiedy Nas zabiorą busy na lotnisko.Wieczorkiem jedzenie i jakieś zakupy upominkowe i o 23:30 busy po Nas podjechały,aby Nas odstawić 100km do Sharm er sheik na samolot.Jechaliśmy nocą o 3:30 w środę mieliśmy lot do Poznania 4 h i o 8:00 dotarliśmy do Poznania.

Na tym kończę Naszą przygodę w Dahabie i życzę miłej lektury.A zdjęcia będą w najbliższym czasie.

Pozdrawiam.

Na ziemi:
Indie cz.1

„W poszukiwaniu takich właśnie miejsc, utraconego sensu istnienia i odmiennych stanów świadomości, wyruszyły przed laty w świat Dzieci Kwiaty zniechęcone komercją i przyziemnością zahipnotyzowanej bogactwem Europy i Ameryki”


....I choć nie to pokolenie, choć może nie ta mentalność i filozofia życia, ale nadal te miejsca tchną magią, swoistą atmosferą, nadal przyciągają ludzi głodnych czegoś „innego”, czegoś egzotycznego. Podobnie było z nami. Zawsze oglądając albumy o najpiękniejszych miejscach na świecie trafialiśmy na Taj Mahal. Zawsze też gdzieś na dnie serca pojawiała się tęskna myśl...jakże chciałbym tam być, zobaczyć to na własne oczy. I tak po wielu latach skrytych, cichych i tęsknych myśli udało nam się spełnić kolejne marzenie. Przeżyliśmy kolejną wielką przygodę. Ruszyliśmy na spotkanie Shere Khana, malowanych słoni, joginów i fakirów medytujących na samotnej górze o zachodzie słońca. Długo zastanawiałem się jaką formę ma przyjać ta wspominka. Na to by napisać szczegółową relację nie mam ani talentu, ani wiedzy, ani tym bardziej daru opowiadania. Indie są tak specyficznych miejscem. Jakby nie z tego świata. Komunistyczna Kuba jest zabytkiem jedynie słusznego ustroju, jakby zatrzymała się gdzieś w latach 70-tych, w Kenii czuje się dawny brytyjski kolonializm, Egipt sam nie wie czy ma być bardziej arabski czy europejski. Zaś Indie są inne. Tak zwyczajnie. Poczynając od wolno chasających wszędzie krów a na kolejnictwie kończąc. Pewnie bierze się to jeszcze z czasów baaaardzo dawnych, gdy pierwsze wielkie cywilizacje rozwijały się w izolacji od reszty starożytnego świata, choć należałoby przy tym wspomnieć, że np cywilizacja Indusu w niczym nie ustępowała Egiptowi czy Mezopotamii. Ale nie będę przecież robił pogadanki o indyjskiej historii. Wracając do indyjskiej specyfiki. Tę inność odczuwa się już zaraz po wylądowaniu. Wszechobecna biurokracja. Kartka pod stępel, bez której nie dostanie się następnej kartki pod kolejny stępel, który z kolei wymagany jest by dostać ostatni stępel, który pozwoli opuścić całkowicie już ogłupionemu delikwentowi lotnisko...To nie jest żart, ani nie jest to karykatura. To jest po prostu indyjska rzeczywistość. Jedynie co nam biednym pozostaje to pogodzić sie i zaakceptować. Często narzekamy na rozbudowaną biurokrację w Polsce. Aby zrozumieć co to jest biurokracja trzeba pojechać do Indii. Pamiętacie żarty z czasów poprzedniego ustroju o dwóch milicjantach, z których jeden czyta drugi pisze? To tak mniejwięcej to tam wygląda. Czynność, którą może spokojnie wykonać jeden człowiek wykonują 4 lub 5 osoby z czego większość rozkosznie siedzi w kucki i medytuje...Wykupiliśmy dwa tygodnie w hotelu all inc. Był to błąd z wielu względów. Po pierwsze spędziliśmy w nim może w sumie ze 3 dni, może 4. Resztę pobytu spędziliśmy w trasie lub zwiedzając jakieś fascynujące miejsca. Kolejną sprawą było jedzenie. Ani mój Asik ani ja nie lubimy ichnego jedzenia. Poznaliśmy je w Anglii, gdzie się tym zajadają. Nam to zwyczajnie nie podchodzi. W hotelu zaś raczono nas 90% miejscowymi specjałami. Wiec pierwsze dwa dni spędzilismy na ryżu i omletach. Później, gdy ustaliliśmy gdzie jedziemy, gdy wszystko było już popłacone i wiedzieliśmy ile nam zostanie, to zaczęliśmy się po prostu stołować w różnych restauracjach na mieście. Sama wymiana walut warta jest wspomnienia. Po zapłacaniu wszelkich wycieszek, opłat, dopłat, etc zostało nam średnio ok 300 funtów. Poszliśmy z tym do kantoru i wymieniliśmy. Przygotowałem saszetkę z funtami i portfel na rupie. Trochę mną rzuciło o fotel gdy kasjer podał mi 27 tys rupii w banknotacj 50, 100 i 500 rupowych, twierdząc, że tak bedzie najlepiej je wydawac (miał rację) choć na, całkowicie zasadne moje pytanie: jak to nosić i czy dodają do wymiany neseser, uśmiechnął się. I jak dodaliśmy walizeczkę Asika to sie okazało, że bez plecaka ani rusz. Ech Indie... Goa jest nastawione na turystów. Tu nie da się nudzić. Zarówno lubiący się byczyć na pięknych plażach jak i turyści aktywni znajdą tu cały szereg atrakcji. Wybrzeże usiane jest pięknymi plażami. Nasz Candolin Beach była złota, piaszczysta i szeroka zapełnione kawiarenkami z leżakami. Wystarczyło kupic coś do jedzenia i picia i można było się byczyć na nich cały dzień. Piękna Hinduska zrobi masaż albo tatuaż henną. Ceny trochę wyższe niż w mieście, ale to zrozumiałe, przy czym nawet to wyższe nie było jakimś porywającym wydatkiem. Dla amatorów małych przytulnych i cichych plaż też się coś znajdzie. W jeden dzień wynajeliśmy taksówkę na cały dzień i poprosiliśmy by nas obwiózł kierowca po najpiękniejszych plażach. I tak trafiliśmy na plaże u stup dosyć stromego i wysokiego „klifu”, na której hipisi wyrzeźbili w nadbrzeżnych skałach twarz boga Siwy. W ofercie miejscowych biur podróży pełno jest ofert wycieczek i pomysłów na spędzenie wolnego czasu. Po długich dyskusjach, bardziej o tym jak upchnąc 14 dni zwiedzania w pobycie 14-dniowych, ustaliliśmy, że Możemy czasowo pozwolić sobie na dwie dłuższe wycieczki oraz jedną lub dwie krótsze. Wybraliśmy 3-dniowy wypad do XIV wiecznego miasta Hampi, 3-dniową wycieczkę do New Delhi i Agry. Z krótszych wybraliśmy plantacje przypraw, dżunglę oraz stare portugalskie Goa.
Podróż do Hampi a właściwie do pobliskiego miasta Hospet, mieliśmy odbyć indyjską koleją, z całym, że się tak wyrażę, dobrodziejstwem inwentarza...Na dobry początek dnia informacja przewodnika: musicie państwo wsiąść, pociąg zatrzymuje się tylko na chwilę i odjeżdża. Jeśli ruszy a Państwa nie będzie w pociągu to nic nie bede mógł zrobić. Nasza grupka liczyła jakieś 12 osób, przy czym te 12 osób było podzielone na dwie podgrupy i każda miała rezerwacje w innej części pociągu. Indyjskich pociągów nie da sie porównac do niczego. Każdy chyba widział migawki w tv ale widzieć to a jechac tym we własnej nieprzygotowanej osobie to już zupełnie inna historia. 8h w pociągu bez klimatyzacji z czterema wiatrakami mielącymi smród (szczególnie gdy pociąg się zatrzymywał- co niestety miało miejsce dosyć często), na twardych siedzeniach, z Hindusem spiącym nad naszymi głowami -tam gdzie w europejskich pociągach znajduje sie półka na bagaże. Po prostu Przygoda Życia!! Tego nie da się ani opowiedzieć ani zapomnieć. Choć podróż nie była z gruntu ani bardzo ciężka. Dopóki jechaliśmy przez stan Goa, mieliśmy piękne widoki na porośnięte tropikalną dżunglą góry, piękne wodospady i spektakularne widoki ze szczytów gór. Natomiast w Karnataka widzielismy prawdziwe pola bawełny, chili, gaje bananowe, pola ryżowe. To również miało swój urok. Co jakiś czas przejeżdżaliśmy przez małe miasteczka i wsie. Gdy jedzie sie pociągiem przez europejskie miasta widzi się, centralnie położony kościół czy katedrę i rozciągające się wokół niej miasto. W Indiach jest inaczej. Częstokroć pierwszym zaczątkiem i znakiem, że wjeżdżamy do jakiejś miejscowości była czy to buddyjska stupa czy też hinduska swiątynka. Dopiero póżniej zaczynały się domostwa czy zabudowania miejskie. I jeszcze jedna różnica bije po oczach. Brak cmentarzy. Wynika to z hinduskiego zwyczaju palenia zmarłych. Wracając jednak do Hampi. Wycieńczeni, głodni, spoceni ale w doskonałych humorach zainstalowani zostaliśmy w hotelu w Hospet. Hotel pomimo, że przy głównej ulicy miasta był hmmm nieco poniżej naszych oczekiwań. Wiedzieliśmy, że poza turystycznym Goa o dobre hotele, może być ciężko. Ale to co tam zastalismy to już lekki szok był. Ale dobre jedzenie mieli. Po kolacji, pierwszej toalecie, wybraliśmy się na spacer po mieście. Nie odbijaliśmy specjalnie od naszej ulicy. Nasze wrażenia. Hmm człowiek cokolwiek nieswojo się czuje gdy grupa kilkudziesięciu dzieci zaczyna cie dotykac sprawdzając czy nie jesteś pofarbowany. W trakcie krótkiego spaceru widzielismy hmm świątynię. Tzn, był to budynek, sklep, na którego dachu wybudowano hinduską świątynie z charakterystyczną stupa. Wszystko oczywiście jadowicie kolorowe, pełne zdobień. Zmęczeni dość szybko wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać, zamykając drzwi na balkon ze strachu przed zgrają małp grasujących w okolicy. W nocy a raczej wcześnie nad ranem zostalismy wszyscy (widać to było po oczach wszystkich uczestników) zbudzeni przez niewyobrażalne wrzaski, hałasy. Jak się okazało małpy urządziły sobie impreze na korytarzach hotelu. Można się było wystraszyć, że to jacyć terroryści mordują zachodnich turystów. Po śniadaniu, jedziemy do Hampi.
Hampi a raczej Vijayanagara, to ruiny XIV- wiecznej stolicy Imperium Vijayanagara. Ruiny obecnie zajmują ok 26 km kwadratowych. Jako, że teren olbrzymi, i nadal zamieszkany, zwiedza sie dwa obszary, dwie dzielnice. Dzielnicę świątynna, z pozostałościami setek swiątynek oraz wielką, nadal funkcjonującą świątynią Wirupakszy. Drurgą zwiedzaną częscią miasta jest dzielnica rządowa, z pałacami, haremem, ruinami budynków rządowych. Plan zwiedzania był taki- rano zwiedzamy swiątynie, potem lunch a po lunchu dzielnica rządowa oraz zachód słońca nad doliną. Miasto przeżywało swój złoty wiek aż w połowie XVI wieku zostało najechane i doszczętnie zniszczone przez wojska z muzułmańskiej północy. Ponoć ruiny płonęły pół roku po zdobyciu miatsa. Dlatego poza spectakularnymi ruinami niewiele budynków pozostało z tego pięknego miasta. Kilkanaście świątyń, basen królowej, słynne stajnie dla słoni i kilka wież strażniczych. Z większości budynków rzadowych pozostały jedynie platformy, na których wznosiły się pyszne pałace. Nieco lepiej oparła się najazdowi i zniszczeniom dzielnica swiątynna. Szczególnie budynki wokół świątyni Wirupakszy ocalały. Przetrwał bazar, na którym do dzisiaj handlują okoliczni mieszkańcy, domostwa oraz sama świątynia. Zasadniczo budynek pokryty barwami nadal był użytkowany. Ale nawet wśród ruin widać jeszcze minioną wielkość, piękno i mistrzostwo dawnych mistrzów.

Pod ziemią:
Jaskinie warte zwiedzenia !!!

Chciałbym zachęcić wszystkich sympatyków portalu "przygoda życia" do odwiedzenia jaskiń w naszych rodzinnych Tatrach. Wycieczki takie dostarczają niesamowitych doznań i są bardzo ciekawe. W Tatrach Polskich poznanych zostało przeszło 600 jaskiń z czego 500 w Tatrach Zachodnich.

Rokrocznie, urlopując się wraz  z rodziną w Zakopanem staramy sie tak planować trasy wędrówek, aby w ich programie nie zabrakło odwiedzenia jakieś "sympatycznej dziurki". Czasami aby wejść pod ziemię trzeba się nieźle powspinać. Zawsze jednak pozostają w pamięci wspaniałe chwile, dreszczyk emocji i niezapomniane wrażenia.

Eksploracja nawet tych najprostszych jaskiń i najbardziej popularnych staje się wtedy wspaniałą PRZYGODĄ.

PS. Na fotkach jaskinie w rejonie Dol. Kościeliskiej.


chavana
Leszno

m_onika
Słubice

Rafi
Poznań

Emer
Wołomin

Adrjan
kraków

5 - wysoko ustawiona poprzeczka;) 09.11.2010

Kolejny ranking za nami. Balbinka pokazała co moga zdziałać babki w wielkim mieście, parafrazując pewien tytuł filmu;). Zdziałały tyle, że przygoda z ich udziałem zdobyła maksymalną ocenę. Teraz pracujemy nad nagrodami dla Balbinki i postaramy się aby dorównały...

więcej »

4,73 - taką ocenę zdobyła zwycięska przygoda! 09.08.2010

Za nami półmetek wakacji i lipcowy ranking. Sawik83 zgarnął 1 miejsce i tym samym główną nagrodę. Tym razem zaproponowaliśmy jedną nagrodę, ale sawik83 nie wachał się ani chwili: Skok ze spadochronem z instruktorem!!! Będzie jazda, albo raczej lot;-). Będziemy namawiać...

więcej »

Kolejny ranking za nami. Wygrał.... 09.06.2010

W maju rządził Valion. Jak zresztą w dwóch innych rankingach;-). Życzmy sobie wiecej takich Użytkowników serwisu, którzy poza tym, że żyją przygodą, to z chęcią dzielą się wrażeniami. Tym razem Valion otrzyma od nas przewodnik po kraju, który sam sobie...

więcej »


 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8
 następna strona »

Aktualnie żadna przygoda nie otrzymała wymaganej ilości ocen, aby znaleźć się w rankingu!
Ilość wymaganych ocen to 10.
W powietrzu Tematów: 2
Postów: 3
Na wodzie Tematów: 1
Postów: 5
Pod wodą Tematów: 1
Postów: 14
Na ziemi Tematów: 7
Postów: 17
Pod ziemią Tematów: 1
Postów: 4
Kambodża - prawdziwa Azja z plecakiem
Quady - sprawdź się w terenie!